Po cudownych narodzinach Skarbka leżeliśmy w szpitalu 10 dni - doszło bowiem do zakażenia wewnątrzmacicznego Skarbka jakąś głupią bakterią (wrrrrr! nie chcę jej znać!), poddani więc byliśmy oboje antybiotykoterapii... pocieszające było to, iż Skarbek nie przejawiał żadnych objawów choroby, urodził się jedynie z bladszym nieco kolorem skóry (za co dostał 9 pkt na 10) w I-ej minucie, ale już po 3 minutach miał 10 pkt... położne mówiły, że to może być wynik przeciskania podczas porodu, jako, że Skarbek urodził się duuuuży - 61cm i 4600g wagi...:)) i w dodatku naturalnie, więc przepchnąć go było nie lada sztuką...:) neonatolog jednak nie dał się zwieść (do końca życia będę wdzięczna, Panie Doktorze), zaczął wypytywać mnie, czy przechodziłam ostatnio jakieś infekcje (a ja przez całą ciążę byłam najzdrowsza w całym moim życiu), następnie, kiedy odeszły wody płodowe... no i tu pies został pogrzebany... wody zaczęły mi się sączyć wieczorem poprzedniego dnia, a urodziłam Skarbka o 20.45, więc minęło grubo ponad 12 godzin (krytyczny czas) od pierwszego sączenia (chyba cała doba!), tyleż czasu więc była otwarta droga do macicy i Skarbka dla tej głupiej bakterii... lekarz kazał Skarbkowi zbadać krew na CRP.. wyszło 2 razy ponad normę... następnego dnia jeszcze raz... 5 razy ponad normę!!! czyli infekcja zaczęła się podstępnie rozszerzać i zagrażać życiu Skarbkowi! natychmiast dostał wenflonik na rączkę i przedłużyli nam pobyt o kolejne 7 dni (po trzech pierwszych)...
Potrzebne było też badanie moczu...:)) Robi się go rutynowo u wszystkich noworodków, przy czym mamy często nie są świadome, że od maluszka pobrano mocz, gdyż łatwo go złapać przy pierwszym badaniu - po zdjęciu pieluszki od razu dzieciaczki sikają do specjalnego woreczka foliowego, który położne tam przyklejają... jakoś tak odruchowo...
Skarbek nie dał się na to nabrać... woreczek zakładano mu już kilka razy, za każdym razem Skarbek tak się blokował psychicznie, że nie sikał nawet do 7 godzin (!!!), mimo intensywnego pojenia moim mlekiem i wodą z glukozą z butelki... gdy tylko w trosce o możliwość pęknięcia pęcherza moczowego woreczek został zdjęty, a Skarbek poczuł aksamitny (?) dotyk pampersa - natychmiast zostawał on z błogością napełniany...
trzeciego dnia po porodzie zdesperowane położne zdecydowały się poprosić mnie o pomoc...:)
dostałam kilka woreczków w zapasie, duuużo dodatkowego mleka w butelce i nakaz przymusowego pojenia i złapania dwóch (!!) próbek moczu (na badanie ogóle i na posiew)... po 6 godzinach ciągłego zaglądania do pustego woreczka zdjęłam go, bo stwierdziłam, że Skarbek prędzej pęknie od nadmiaru wilgoci, którą już wchłonął niż puści mi tu choć kropelkę... zamierzałam "polować" na drogocenną fontannę w przestworzach... przyczaiłam się z woreczkiem w ręku i wpatrzona w siusiaczek czekałam... po jachichś 40 minutach Skarbek zaczął płakać, więc ja poruszona zaczęłam go głaskać po buzi i całować, a w tym czasie pooooooleciał żółty łuk triumfalny i zanim złapałam go w locie w woreczek... już było za późno....
o nie... łóżko mokre, woreczek znów pusty... znowu zakładam nowy na siuśka, wkładam pieluszkę i czekam kolejne 6 godzin z zamiarem niepopuszczenia nastęnym razem... po kolejnych 6 godzinach zdejmuję oczywiście pusty woreczek i czekam... przyszedł Mąż... czekamy razem.. po ok. godzinie wpatrywania w siusiaczek mnie bardzo zachciało się do łazienki, więc kazałam Mężowi nie odrywać wzroku od siusiaczka i łapać... wróciłam za minutę i widzę... zasikane łóżko, woreczek znów pusty... Mąż skruszony i załamany poskarżył się, że Skarbek zrobił płaczliwą minkę, to on zaczął go pocieszać, oderwał na moment wzrok na jego buzię... a on w tym czasie poooolał....
znowu blokada na kolejne 6 godzin założona i już nie dam się przechytrzyć, jak Skarbek znów zrobi marsową minkę, to nic mnie już nie wzruszy! i za trzecim razem się udało....
trzeba było widzieć, jak leciałam potem z pełnym woreczkiem i z triumfalnym okrzykiem indiańskim na ustach przez cały korytarz do pokoju położnych
ale to była dopiero pierwsza próbka, trzeba było jeszcze drugą złapać... a potem jeszcze dwa razy, bo przed samym wyjściem ze szpitala musieli wszystkie badania powtórzyć... łapałam ten mocz prawie codziennie i jeszcze dzień przed wypisem...
i tak nasz pobyt w szpitalu przebiegł wesoło pod hasłem: akcja MOCZ!
Kiedy teraz aptekarka poznawszy wiek dziecka, chciała dać mi przyklejalny woreczek foliowy do moczu, zażądałam zwykłego pojemniczka:)
Skarbek nie znosi, jak coś mu tam szeleści i uwiera... prawdziwy facet!
ale to była dopiero pierwsza próbka, trzeba było jeszcze drugą złapać... a potem jeszcze dwa razy, bo przed samym wyjściem ze szpitala musieli wszystkie badania powtórzyć... łapałam ten mocz prawie codziennie i jeszcze dzień przed wypisem...
i tak nasz pobyt w szpitalu przebiegł wesoło pod hasłem: akcja MOCZ!
Kiedy teraz aptekarka poznawszy wiek dziecka, chciała dać mi przyklejalny woreczek foliowy do moczu, zażądałam zwykłego pojemniczka:)
Skarbek nie znosi, jak coś mu tam szeleści i uwiera... prawdziwy facet!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz