poniedziałek, 30 marca 2009

Znikający punkcik

Dziś od rana humorek mam lepszy - bo noc Skarbka już była spokojna (i tak się budzi na popijanie wody, ale już normalnie), a jego siusiaczek wyglądał o wiele, wiele lepiej:)

i aktywnośc fizyczna Skarbka wzrosła chyba o 300%... odkąd od wczoraj zaczął raczkować, tak teraz zaczął urządzać wycieczki po mieszkanku... po raz pierwszy wyszedł mi dzisiaj z pokoju:) i zaczął się wciskać w różne szczeliny, np. między fotel a ścianę, tak że co chwila traciłam go z oczu, gdy tylko zaczynałam robić co innego niż patrzenie na niego...:)

chyba polubił zabawę w chowanego, bo czekał, aż go znajdę i kiedy mówiłam - a kuku! - , albo - gdzieś Ty wlazł?? - , uradowany Skarbek w odpowiedzi niezmiennie wysyłał mi jeden ze swoich powalających na łopatki uśmiechów

no, teraz się zacznie... do tej pory miałam dobrze, bo zawsze był w jednym pokoju... muszę czym prędzej zabezpieczyć wszystkie dolne partie mieszkania (zakleić kontakty, pochować wysoko wszystkie przedmioty, które uznam za niegodne próby organoleptycznej Skarbka, no i osłonić jakoś te wszystkie ostre kanty i krawędzie...) a i tak pewnie Skarbek mnie nieraz zadziwi swoją pomysłowością forsowania przeszkód...

taaa... nie znam już dnia ani godziny...

sobota, 28 marca 2009

Wędrowne słońce

Dzisiejszy dzień był totalnie zawirowany...

w dodatku pierwszy naprawdę wiosenny...

tak długo z utęsknieniem czekałam (od wielu tygodni) na prawdziwie ciepły i słoneczny dzień, że aż obłędu dostawałam.. od tego ciągłego chłodu i wietrznego ziąbu...

w końcu przyszło to piękne słońce za oknem... ale w domu pojawiły się chmury... lęku i trwogi o zdrowie Skarbka...

zaczęło się w nocy wysoką gorączką - Skarbek zerwał się rozpalony z płaczem, wychłoptał pół butelki wody i usnąć ponownie nie mógł... nosiłam go, uspokoił się, zasnął... na 10 minut... i znowu płacz, woda, noszenie, 10 minut snu... i tak do rana...

przez cała noc wypił ponad litr wody... przelał dwie pieluszki...

w głowę zachodziłam, co to mogło być? może górne ząbki wychodzą? bo nie dawał się dotknąć w dziąsełka... byłam tego pewna prawie na 100%..

rano jakby się unormowało, temperaturka spadła, Skarbek zjadł z apetytem śniadanko (!), ja wyczerpana położyłam się odespać, Mąż zajął się Skarbkiem...

o 10 jednak mnie budzi i każe szybko się ubierać - jedziemy do lekarza! - Skarbek znowu zaczął marudzić, a przy przewijaniu Mąż zauważył, że siusiaczek wygląda paskudnie - spuchnięty, czerwony, wywinięty, prawie dwa razy większy... Skarbek biedny bronił się przed jego dotykiem...

przerażona tym widokiem w jednej chwili się ogarnęłam, ubrałam Skarbka, wsadziłam do wózka i poszliśmy na pogotowie do Szpitala Dziecięcego (jako, że sobota - przychodnia nieczynna)... mieszkamy na szczęście tylko 10 minut drogi piechotą od niego...

na zewnątrz przywitało mnie takie piękne słońce, aż serce mi się ścisnęło z żałości, że też sobie wybrało moment... chciało mi się płakać...

pani doktor (przesympatyczna) - podejrzewała ostre zapalenie napletka... by jednak upewnić się, że nie ma infekcji układu moczowego, zleciła natychmiastowe badanie moczu... poradziła wrócić do domu, i na spokojnie "złapać" mocz do pojemniczka, przyjść do ich laboratowium, potem pospacerować parę minut, wrócić po wyniki i jeszcze raz do niej...

Skarbek w drodze powrotnej zasnął w wózku, w domu nie miałam serca go budzić (też się umęczył w nocy), przeniosłam delikatnie na łóżko.. pospał twardo jeszcze półtorej godziny... obudził się bardzo spragniony - podczas gdy chłeptał wodę, szybko zdjęłam pieluszkę - na chwilę się odwróciłam, a w tym czasie Mąż "upolował" mocz do pojemniczka...

Skarbek potem dostał kolejną kaszkę (na drugie śniadanie), którą bardzo ładnie zjadł... na szczęście, bo potem nas nie było w domu przez cztery godziny...

Mąż musiał lecieć do pracy, ja ze Skarbkiem i jego moczem z powrotem do Szpitala - po wyniki miałam wrócić za godzinę... postanowiłam pospacerować po okolicy, by uspokoić się w świetle pierwszego naprawdę wiosennego słońca... czułam, jak jego promienie roztapiają we mnie nocny stres, zmęczenie, strach... spływał ze mnie cały ten depresyjny brudny śnieg... Skarbek przez całą godzinę siedział cichutko jak myszka w spacerówce chłonąc szeroko otwartymi oczkami widoki rozświetlonych słońcem ulic, samochodów i roześmianych spacerowiczów...

odebrałam wyniki - i jeszcze raz do pani doktor... tam już się utworzyła większa kolejka chorych maluszków, ale naładowana słoneczną energią nie zmartwiłam się czekaniem i zabawiałam Skarbka jak tylko mogłam... weszliśmy chyba po kolejnej godzinie - wyniki dobre, nie ma zakażenia:))) Skarbek dostał domiejscowo maść z antybiotykiem oraz chemioterapeutyk w syropie profilaktycznie, by jednak infekcja nie poszła dalej...

potem szukanie całodobowej apteki (po 16 w sobotę wszystkie zamknięte), jeszcze małe zakupy spożywcze i przy kasie patrzę - a Skarbek znowu zasnął w wózeczku...

postanowiłam nie wracać od razu do domu, tylko pochodzić pod blokiem, aż się Skarbek wyśpi na tym pięknym powietrzu i wtedy wrócić...

w domku zaaplikowałam leki - siusiaczek wygląda ciągle bardzo biednie... łzy znów stanęły mi w oczach, ale Skarbek, jakby chcąc mnie potem pocieszyć, bawił się pięknie na kocyku, a gdy usiadłam na podłodze w drugim końcu pokoju, by na niego popatrzeć - stanął na czworaka i... przeraczkował do mnie (!!!!!!!!!!), a potem zaczął się na mnie wspinać i przytulać... stopniałam tak, że znów byłam mokra w oczach - zaskoczona i zachowaniem Skarbka i jego pierwszym raczkowaniem :))

potem jeszcze chwyciłam go pod paszki i tak trzymany Skarbek "chodził" po pokoju wielce uradowany nowymi możliwościami swojego ciałka...

do wieczora tak sprawnie raczkował, jakby nigdy wcześniej niczego innego nie robił..:)

cudownie było na to patrzeć..:) słońce wreszcie dziś zawitało do domku... i do mojego serca...

i chyba faktycznie przeniosło się do nas, bo za oknem zobaczyłam - chmury i deszcz...

czwartek, 26 marca 2009

Wieczorowy tapir

Wieczorna kąpiel - bardzo przyjemne zakończenie aktywnego Skarbkowego dnia. Gdy po kolacji Skarbek zaczyna być śpiący, wyraźnie domaga się kąpieli, bez niej nie wyobraża sobie zasnąć. Gdy go rozbiorę, natychmiast się jeszcze na moment ożywia, śmieje i zapamiętale macha rączkami i nóżkami. Pozwalam mu jakiś czas pobrykać na golaska na naszym łóżku (profilaktycznie jednak z pieluszką, bo kilka razy nas oblał...).

W wanience uwielbia próbować wszystkie wodne zabawki i nakrętki od szamponów oraz chlapać machając wszystkimi czterema kończynkami...

Po kąpieli zmokły Skarbek daje się grzecznie oporządzić, najbardziej, o dziwo, lubi czyszczenie uszek za pomocą pałeczek z ogranicznikami... Bardzo zabawnie wtedy wygląda - przechyla główkę na bok nadstawiając lepiej uszko i przymruża przy tym oczka, czasem nawet mrucząc...

Na koniec czeszę go grzebykiem pod włos, by łepetynka szybciej wyschła i w efekcie przed położeniem do łóżeczka Skarbek wygląda mniej więcej tak:

a teraz czysty i pachnący mogę iść spać:)

wtorek, 24 marca 2009

uśmiech Skarbka:)


uwielbiam prowokować jego uśmiech.... jak go uwiecznię, patrzeć mogę godzinami:)
aż dziw, że tak niewiele trzeba, by pojawił się na jego buzi... pamiętam, jak w pierwszych kilku miesiącach życia była to rzecz nie za częsta i raczej nieświadoma, tak czekaliśmy z niecierpliwością na pierwsze świadome i szczere uśmiechy... teraz wystarczy powiedzieć: - a kuku!, czy naśladować odgłosy zwierząt, wydać jakieś inne ciekawe okrzyki lub po prostu zawołać Skarbka :) każdego dnia coraz więcej rzeczy wywołuje uśmiech na jego buzi:)
najbardziej powalający jest uśmiech z samego rana, gdy Skarbek - skowronek zrywa się czasem przed siódmą, a nam by się tak chciało pospać... podchodzę do jego łóżeczka ledwo widząc na oczy, nieprzytomna i nieraz zła... patrzę na niego, a on na dzień dobry już na mój widok wysyła mi coś takiego... wtedy wszystko we mnie pęka i nie pamiętam, że jestem zmęczona i niedospana:) biorę go na ręce i zaczynam... tańczyć:)
teraz rozumiem dogłębnie znaną mądrość, że najpiękniejszą rzeczą na świecie, która go rozjaśnia, jest uśmiech dziecka...
dodam z własnego ogródka, że najlepiej dopinguje do działania, leczy zmęczenie i depresję, wynagradza wszystkie smutki i niedogodności życia, poprawia humor na cały dzień...
jest jak narkotyk - uzależnia... bez możliwości odwyku...
i uwaga! jest bardzo zaraźliwy!

poniedziałek, 23 marca 2009

Kącik czytelniczy na nocniczku

Skarbek ma 9 i pół miesięcy. Jest klasycznym małym aniołkiem o gęstych blond włoskach i niebieskich oczkach. Pociecha nasza największa. Nigdy nie przypuszczałam, że gdy się pojawi na świecie, serce mnie będzie każdego dnia boleć coraz bardziej... z miłości.

Czekam na jego kolejne nowe słówka poza obecnymi już: - ma-ma-ma-ma (ach, jak serce mi stopniało, gdy to usłyszałam pierwszy raz), - ba-ba-ba-ba, - da-da-da-da i - brrrm-brrrm-brrrm-brrrm... na pierwsze powiedzonka, pytania i nasze słowne dialogi. Wszystkie chcę uwiecznić dla jego (ś)wiadomości:) Skarbek, choć jeszcze nie potrafi się odpowiednio wyartykułować, już prowadzi z nami dialogi wzrokowo-mimiczno-gestykulacyjne... bogate bardzo w treść i formę.

(Nieraz myślałam, że gdyby moja Mama pisała w tamtych czasach jakiś pamiętnik o moim dzieciństwie, byłby to chyba najdroższy i najbardziej strzeżony okaz w domowym kuferkowym muzeum pamiątek rodzinnych... czytałabym pierwszy raz pewnie z wypiekami śmiejąc się do łez).

Wczoraj była premiera posiedzenia na nocniczku. Żółtym z naklejoną kaczką (nie obrażając Prezydenta - sklep takie sprzedawał). Kupionym już teraz nie w celu natychmiastowego napełniania, lecz próby oswajania Skarbka z nowym "mebelkiem". Usiadłam na podłodze, Skarbka obranego z pieluszki posadziłam na nocniczku przed sobą. W jego oczkach pojawiło się najpierw wielkie zdziwienie (tak się powiększyły bardzo), potem mała podkówka na buzi, w oczkach malutki strach a rączki wyciągnęły się do mnie w geście: - zabierz mnie, mamo! Mama jednak szybko objęła, przytuliła i otworzyła książeczkę o spóźnionym słowiku ((Julian Tuwim) i zaczęła czytać pokazując obrazki... Skarbek zaskoczony nagłym zwrotem akcji, zapomniał o nocniczku zaintrygowany kolorową książeczką i tak "czytając" wspólnie z mamą przesiedział chyba 20 minut na swoim kibelku. Aż mu tyłeczek zdrętwiał...

Ale byłam dumna z niego! Oczywiście zawartości nie było żadnej, najważniejsze, że Skarbek zaakceptował "krzesełko"...

Dziś posiedzenie na "krzesełku" zrobiliśmy dwa razy - rano i wieczorem. Za każdym razem było czytanie książeczki i objaśnianie przeze mnie wszystkich obrazków. Skarbek z wrażenia zapominał o świecie... o załatwianiu potrzeby też:) Uświadomiłam sobie, że właśnie go uczę, by w przyszłości znosił książki i gazety do toalety na dłuższe "posiedzenia"... nieświadomie postąpiłam chyba jak wiekszość mam na świecie, zważywszy na powszechny zwyczaj czynienia z toalety głównego kącika czytelniczego w wielu domach... w myśl zasady - czym skorupka za młodu nasiąknie- Skarbek już na starość będzie tym trącił:)

niedziela, 22 marca 2009

zaczynamy:)

Początek najtrudniejszy... dlaczego chcę pisać? muszę zadać sobie to pytanie... przecież kiedyś patrzyłam z politowaniem na ludzi piszących blogi, myśląc, że to (wybaczcie, biję się mocno w pierś) jacyś ekshibicjoniści, skoro chcą, by wszyscy czytali ich intymne przeżycia, a nie wystarcza im skryty pamiętnik pisany w zeszyciku zamykanym na kłódeczkę... nawet nie czytałam blogów uznając to za stratę czasu... od pewnego czasu jednak zaczęłam... fajna sprawa! ileż ja skorzystałam z Waszych doświadczeń, nauczyłam się na błędach (cudzych!), ile łez wycisnęłam czytając o Waszych smutkach, i o radościach.. ileż kopniaków dostałam w pewną część ciała dopingując się do różnych działań odwlekanych na ostatnią chwilę lub na jutro... a ile wiedzy mi przybyło...


Ja też chcę! podzielić się moimi przeżyciami i pomóc może komuś, pocieszyć, zdopingować, rozweselić czy... zezłościć. Wcale nie musi mnie nikt lubić...

ale najważniejsze - chcę zatrzymać na zawsze różne chwile i ustrzec je przed ulotnością pamięci... i zostawić moim Skarbkom pamiątkę, w której będą głównymi bohaterami mojego życia