czwartek, 23 kwietnia 2009

najmłodszy czytelnik biblioteki:)

zawsze byłam molem książkowym, odkąd pamiętam... wierną czytelniczką niejednej biblioteki osiedlowej... rekordem było kiedyś przynależenie do czterech naraz:)) i w sumie pożyczonych kilkanaście książek jednego dnia:) to były czasy...
teraz oczywiście przystopowałam... i to bardzo:) nie zajrzałam do biblioteki od ponad 10 miesięcy - odkąd na świecie pojawił się Skarbek... bo zwykle wcześniej czytałam nocami... byłam sową, nocnym markiem... a teraz, jak tylko Skarbek zaśnie, ja już walczę z Morfeuszem, by mnie nie chwycił w swe objęcia za wcześnie... bo tyle mam jeszcze do zrobienia w domu...
ostatnio jednak wybrałam się do mojej biblioteki po 10 miesiącach nieobecności:) ze Skarbkiem:) po książki dla niego (dzięki niemu przypomnę sobie wszystkie ukochane książki z dzieciństwa:):) duże zdziwienie wywołał jego wiek:
- To on już czyta? - padło pytanie...
- I to jak! domaga się! bez tego trudno mu zasnąć! - padła dumna odpowiedź.

Nie dodałam już, że bez tego na nocniczku nie usiedzi...;) i na mych kolanach też lubi książeczki wertować...
Tym samym Skarbek został najmłodszym czytelnikiem biblioteki:)
A ostatnio polubił czytanie w taki jeszcze sposób (sam zmienia strony:):

wtorek, 21 kwietnia 2009

Nieoczekiwany trójząb...

Od ponad 4 miesięcy żyjemy w przekonaniu, że mamy dwuzębnego Skarbka. I czekamy - kiedy wreszcie mu wyrosną dwie górne jedynki... Aż tu nagle Mąż widząc, że Skarbek dorwał znowu jakąś gazetę i memła ją w buzi, czym prędzej rozwarł mu paszczękę w celu wyjęcia przeżutej masy papierowej - i zobaczył - górną lewą... trójkę!!! duuużą i szeroką!... kiedy ona wykiełkowała???
Czy to normalne? tak nie po kolei? a może to wilczy ząbek? bo tak dziwnie według nas wyrósł... Poczekamy na kolejne kiełki naszego małego wilczka i zobaczymy:) bo chyba za wcześnie na diagnozę dentystyczną...

niedziela, 19 kwietnia 2009

miała mama karton...

Skarbek odbębniwszy swoją dzienną porcję raczkowania po wszystkich pomieszczeniach włącznie z łazienką, wspinania się na kanapy, plądrowania szafek, wyrzucania wszystkich zabawek z kosza i spacerowania na powietrzu, pod wieczór domaga się natarczywie dodatkowych bodźców i podniet do działania... bo jemu ciągle za mało!!! oj, trzeba szybko coś innego i odkrywczego wymyśleć, jeśli się nie chce być skazanym na ciągłe podrzucanie Skarbka na rękach lub znoszenie jego maruderstwa... co tu znowu wymyśleć?... czytanie książeczek już było... na kredki za mały... na farbki i plastelinę też (a nie mogę się doczekać, by zacząć rozwijać w nim plastyczne talenty)... nawet kręcenie na obrotowym foletu już było... rozejrzała się Mama po mieszkaniu drapiąc się w głowę, coby tu... i nagle wzrok padł na schowany za szafką złożony karton...
i oto mamy - tunel?... wiadukt?... domek?...
najważniejsze, że Skarbek znów szczęśliwy



środa, 15 kwietnia 2009

Wielkanoc inna niż zwykle...

Pierwsze święta wielkanocne Skarbka... i pierwsze moje, kiedy nie siedziałam cały dzień za stołem:) minęły pod hasłem - jak najwięcej ruchu na powietrzu... kilkugodzinne wędrówki i testowanie przez Skarbka wszystkich napotkanych placów zabaw, na przykład takiego motorka:):
W środę wieczorem przyjechała do nas Babcia E. z pieskiem. Uprzedzona, że musi podołać naszym codziennym pieszym maratonom, przywiozła najwygodniejsze buty, jakie miała i choć było jej ciężko, prawie wytrzymała:) potrawy świąteczne ograniczone do minimum, w efekcie w niedzielę po stwierdzeniu, że statystyczny Polak po świętach tyje o 2-3 kilo dodatkowo, Babcia E. zważyła się u nas jeszcze raz (pierwszy raz zaraz po przyjeździe) i z radością ogłosiła, że ubył jej.. 1 kilogram:) szkoda, że nie mnie
W dyngusowy poniedziałek rano wróciła do domu, a my pojechaliśmy do drugich dziadków na wieś (do rodziców Męża) na "spęd" rodzinny... obyło się bez olewania na szczęście, ale stół uginał się już od kaloryczno-ciężkostrawnych bomb świątecznych... na szczęście Skarbek nie dał mi siedzieć przy nim cały czas, z przyjemnością po wstępnych zachwytach rodziny nad Skarbkiem zabawialiśmy się wspólnie z 2,5-letnią kuzyneczką Kingą, która głaskała cały czas Skarbka po główce i podsuwała mu zabawki... a gdy Skarbek zasnął w wózeczku, chodziła naokoło przyciskając paluszek do ust, że ma być cisza... taka mała mamusia

Skarbek odziedziczył po niej piękne wysokie krzesełko ze stolikiem do jadania posiłków i już wtedy mógł jeść kaszki na nim przy stole razem z nami wszystkimi. Zachwycony siedział tak wysoko i zrzucał zabawki na podłogę patrząc, jak się odbijają od niej i potem na nas, by mu je podnosić.... na żadnym aerobiku tylu skłonów nigdy chyba nie zrobiłam:))

bardzo szybko polubił i zaakceptował to krzesełko potem w domu, co widać poniżej:)) bo najpierw może być wysoooooko:
ale też i całkiem nisko:) i zawsze świetnie się bawi :

Przybyło Skarbkowi teraz różnych przedmiotów codziennego użytku... obok wspomnianego krzesełka, przed samymi świętami kupiliśmy mu nowy większy fotelik samochodowy oraz spacerówkę na dużych pompowanych kółkach (z alufelgami, a jakże!)... sprawdza się super na leśno-polno-piaszczystych bezdrożach, a oto migawki ze świątecznego wypadu Skarbka na nowym automobilku nad jeziorko:) 




środa, 8 kwietnia 2009

wiosenny plan dnia

spacerki, spacerki... od urodzenia codziennie Skarbek był napowietrzany przez średnio dwie godziny dziennie.. na palcach jednej ręki mogę policzyć dni, kiedy nie wyszliśmy z domu:)
a od zeszłego tygodnia wraz ze znacznym ociepleniem oraz zwiększeniem aktywności fizycznej Skarbka w domu - w obawie przed wywróceniem go do góry nogami - kuracje tlenowe wydłużyły się do 5-6 godzin...

w efekcie plan dnia z pewnymi odchyleniami od normy wygląda mniej więcej tak:
- 7.00-8.00 - Skarbek się budzi
- 8.00-8.30 - Skarbek je śniadanko (owsianeczkę lub kaszkę mannę) - karmiony albo przez Tatę (gdy ja wcześniej muszę iść do pracy) albo przeze mnie...
- do godz. ok 12.00 - bombardowanie mieszkania przez Skarbka:))
- 12.00 - Skarbek znowu karmiony przez Tatę (kaszka ryżowa)
- 12.30-13.00 - ubieranie Skarbka i pakowanie torby do wózka (picie dla Skarbka i pchacza wózka, deserek - też dla powożonego i powożącego, łyżeczka, zabawka, kocyk, dodatkowy sweterek, pampers, chusteczki... oj, czego tam nie ma:)
- do godz. 17.00-18.00 - spacer - na początku ok. 14.00 Mama wraca z pracy, wymienia Tatę, który zwalnia stanowisko przy wózku i pędzi do pracy na popołudniową zmianę, a Mama pcha i idzie dalej... alejkami osiedlowymi, do parku, na Starówkę, do Lasu Miejskiego, tudzież nad pobliskie jeziorko (proszę wybrać jedna opcję)... Skarbek przez ok. trzy godziny siedzi dzielnie na wózeczku (czasem zaśnie na godzinę-dwie), po drodze często zatrzymujemy się podziwiając różne ciekawe zjawiska przyrodnicze (np. pracującą koparkę), potem Mama siada gdzieś na ławeczce, karmi Skarbka i siebie deserkami, przez parę minut Skarbek chodzi trzymany pod paszki i znów do wózeczka na kolejne dwie godziny zwiedzania tego budzącego się do życia po zimowej depresji świata...
- 18.00 - Skarbek w domu - powstrzymywany przez tyle godzin od ruchu demoluje teraz mieszkanie ze zdwojoną aktywnością...:), je też zupkę :)
- pora relaksu (?! dla kogo?) do godz. ok. 19.30
- 19.30-20.00 - kolacja Skarbka - kaszka na dobry sen (?? ciekawe nazwy wymyślają ci producenci)
- 20.30 - Skarbkowe igraszki wodne, obróbka pokąpielowa
- 21.00-21.30 - wreszcie śpimy... Mama obok Skarbka najczęściej zasypia pierwsza:)
- ??? - jak się Mama obudzi sama, nim Tata wróci (nie zawsze:) - sprzątanie zdemolowanego przez Skarbka mieszkania (wszystkie zabawki na podłodze, szafki pootwierane i ściągnięte z nich różne rzeczy, także z dolnej półki ławy, gazetnika, szafki kuchennej...), zmywanie, czasem pranko, prasowanko i na koniec najmilsze:
- wirtualne odwiedziny u innych Mam oraz pisanie bloga:)
- ok. 23.00 - powrót Taty i Męża w jednej osobie z pracy... nadrabianie naszych wspólnych zaległości widzeniowych - ustne relacje z dnia bieżącego oraz instrukcje na dzień następny, przytulanki i... spać:)

a swoją drogą gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że bedę w stanie po pracy jeszcze pięć godzin łazić po mieście i okolicach, potem przez kolejne cztery poskramiać Skarbka w domu i jeszcze w nocy sprzątać i pisać.... a ja to uznam za normalny dzień... ja - urodzony leń, kochający dłuuugie lektury na miękkiej kanapce przy dobrej herbatce i ciasteczkach - stwierdziłabym, że chyba będę musiała się leczyć...:)

niedziela, 5 kwietnia 2009

Pieska metamorfoza

Całe życie kochałam i miałam pieski... odkąd pamiętam, od dzieciństwa w moim domu rodzinnym był jakiś czworonóg, do dziś daleko stąd razem z Babcią E. (moją Mamą) mieszka czarno-biała Plamka...
Od ślubu jednak kudłatego stworka w naszym domu nie ma - może to wina małego metrażu, może naszego wygodnictwa (wstyd!), może przekonań Męża (dla niego pies ma sens w przypadku domu z ogrodem - obiecał mi to:) - albo wszystkiego razem (ach, te wykręty)...
o przepraszam, był jeden malutki czworonóg - chomik Bąbelek... dość, że odkąd mam własny dom, trochę tęskniłam za stworzonkiem, które witałoby mnie z radością, chodziłoby za mną od pokoju do kuchni itd...
Skarbek wypełnił teraz moje życie tak, że wszystkie tamte tęsknoty zniknęły i przestałam pragnąć więcej:)
A jednak od kilku dni mam "pieska"...:)
Odkąd Skarbek stał się raczkującym czworonogiem, codziennie daje się zaobserwować znaczne przyspieszenie w przemieszczaniu się, od wczoraj już wyrównanego z naszą prędkością chodzenia... w efekcie od kilku dni od rana gdzie ja nie idę, tuż za mną truchta Skarbek na swych czterech łapkach:) do kuchni i do pokoju... do kuchni i z powrotem do pokoju... gdy stanę, on w ułamku sekundy hamuje z impetem główką na mojej łydce i zaraz siada śmiejąc się i ciągnąc mnie za spódnicę lub kręci jeszcze ósemki wokół moich nóg...:)
Gdy siedzę na kanapie, wspina się na mnie lub wyciąga do mnie rączki, bym wzięła go na kolanka... mości się na mnie, siedzi wtulony i lubi patrzeć na to co robię - najczęsciej w laptop:)
jeszcze trochę, a postawię mu miseczki z jedzeniem na podłodze w kuchni...

czwartek, 2 kwietnia 2009

Akcja MOCZ

Gdy w sobotę kupowałam Skarbkowi w aptece pojemnik na mocz, w jednej sekundzie przeleciał mi przed oczami obraz naszego pobytu poporodowego w szpitalu, kiedy to próbowano pobrać od Skarbka mocz... (o porodzie kiedyś wspomnę dla potomności:)

Po cudownych narodzinach Skarbka leżeliśmy w szpitalu 10 dni - doszło bowiem do zakażenia wewnątrzmacicznego Skarbka jakąś głupią bakterią (wrrrrr! nie chcę jej znać!), poddani więc byliśmy oboje antybiotykoterapii... pocieszające było to, iż Skarbek nie przejawiał żadnych objawów choroby, urodził się jedynie z bladszym nieco kolorem skóry (za co dostał 9 pkt na 10) w I-ej minucie, ale już po 3 minutach miał 10 pkt... położne mówiły, że to może być wynik przeciskania podczas porodu, jako, że Skarbek urodził się duuuuży - 61cm i 4600g wagi...:)) i w dodatku naturalnie, więc przepchnąć go było nie lada sztuką...:) neonatolog jednak nie dał się zwieść (do końca życia będę wdzięczna, Panie Doktorze), zaczął wypytywać mnie, czy przechodziłam ostatnio jakieś infekcje (a ja przez całą ciążę byłam najzdrowsza w całym moim życiu), następnie, kiedy odeszły wody płodowe... no i tu pies został pogrzebany... wody zaczęły mi się sączyć wieczorem poprzedniego dnia, a urodziłam Skarbka o 20.45, więc minęło grubo ponad 12 godzin (krytyczny czas) od pierwszego sączenia (chyba cała doba!), tyleż czasu więc była otwarta droga do macicy i Skarbka dla tej głupiej bakterii... lekarz kazał Skarbkowi zbadać krew na CRP.. wyszło 2 razy ponad normę... następnego dnia jeszcze raz... 5 razy ponad normę!!! czyli infekcja zaczęła się podstępnie rozszerzać i zagrażać życiu Skarbkowi! natychmiast dostał wenflonik na rączkę i przedłużyli nam pobyt o kolejne 7 dni (po trzech pierwszych)...

Potrzebne było też badanie moczu...:)) Robi się go rutynowo u wszystkich noworodków, przy czym mamy często nie są świadome, że od maluszka pobrano mocz, gdyż łatwo go złapać przy pierwszym badaniu - po zdjęciu pieluszki od razu dzieciaczki sikają do specjalnego woreczka foliowego, który położne tam przyklejają... jakoś tak odruchowo...
Skarbek nie dał się na to nabrać... woreczek zakładano mu już kilka razy, za każdym razem Skarbek tak się blokował psychicznie, że nie sikał nawet do 7 godzin (!!!), mimo intensywnego pojenia moim mlekiem i wodą z glukozą z butelki... gdy tylko w trosce o możliwość pęknięcia pęcherza moczowego woreczek został zdjęty, a Skarbek poczuł aksamitny (?) dotyk pampersa - natychmiast zostawał on z błogością napełniany...
trzeciego dnia po porodzie zdesperowane położne zdecydowały się poprosić mnie o pomoc...:)

dostałam kilka woreczków w zapasie, duuużo dodatkowego mleka w butelce i nakaz przymusowego pojenia i złapania dwóch (!!) próbek moczu (na badanie ogóle i na posiew)... po 6 godzinach ciągłego zaglądania do pustego woreczka zdjęłam go, bo stwierdziłam, że Skarbek prędzej pęknie od nadmiaru wilgoci, którą już wchłonął niż puści mi tu choć kropelkę... zamierzałam "polować" na drogocenną fontannę w przestworzach... przyczaiłam się z woreczkiem w ręku i wpatrzona w siusiaczek czekałam... po jachichś 40 minutach Skarbek zaczął płakać, więc ja poruszona zaczęłam go głaskać po buzi i całować, a w tym czasie pooooooleciał żółty łuk triumfalny i zanim złapałam go w locie w woreczek... już było za późno....
o nie... łóżko mokre, woreczek znów pusty... znowu zakładam nowy na siuśka, wkładam pieluszkę i czekam kolejne 6 godzin z zamiarem niepopuszczenia nastęnym razem... po kolejnych 6 godzinach zdejmuję oczywiście pusty woreczek i czekam... przyszedł Mąż... czekamy razem.. po ok. godzinie wpatrywania w siusiaczek mnie bardzo zachciało się do łazienki, więc kazałam Mężowi nie odrywać wzroku od siusiaczka i łapać... wróciłam za minutę i widzę... zasikane łóżko, woreczek znów pusty... Mąż skruszony i załamany poskarżył się, że Skarbek zrobił płaczliwą minkę, to on zaczął go pocieszać, oderwał na moment wzrok na jego buzię... a on w tym czasie poooolał....
znowu blokada na kolejne 6 godzin założona i już nie dam się przechytrzyć, jak Skarbek znów zrobi marsową minkę, to nic mnie już nie wzruszy! i za trzecim razem się udało....
trzeba było widzieć, jak leciałam potem z pełnym woreczkiem i z triumfalnym okrzykiem indiańskim na ustach przez cały korytarz do pokoju położnych
ale to była dopiero pierwsza próbka, trzeba było jeszcze drugą złapać... a potem jeszcze dwa razy, bo przed samym wyjściem ze szpitala musieli wszystkie badania powtórzyć... łapałam ten mocz prawie codziennie i jeszcze dzień przed wypisem...
i tak nasz pobyt w szpitalu przebiegł wesoło pod hasłem: akcja MOCZ!

Kiedy teraz aptekarka poznawszy wiek dziecka, chciała dać mi przyklejalny woreczek foliowy do moczu, zażądałam zwykłego pojemniczka:)

Skarbek nie znosi, jak coś mu tam szeleści i uwiera... prawdziwy facet!