Dzisiejszy dzień był totalnie zawirowany...
w dodatku pierwszy naprawdę wiosenny...
tak długo z utęsknieniem czekałam (od wielu tygodni) na prawdziwie ciepły i słoneczny dzień, że aż obłędu dostawałam.. od tego ciągłego chłodu i wietrznego ziąbu...
w końcu przyszło to piękne słońce za oknem... ale w domu pojawiły się chmury... lęku i trwogi o zdrowie Skarbka...
zaczęło się w nocy wysoką gorączką - Skarbek zerwał się rozpalony z płaczem, wychłoptał pół butelki wody i usnąć ponownie nie mógł... nosiłam go, uspokoił się, zasnął... na 10 minut... i znowu płacz, woda, noszenie, 10 minut snu... i tak do rana...
przez cała noc wypił ponad litr wody... przelał dwie pieluszki...
w głowę zachodziłam, co to mogło być? może górne ząbki wychodzą? bo nie dawał się dotknąć w dziąsełka... byłam tego pewna prawie na 100%..
rano jakby się unormowało, temperaturka spadła, Skarbek zjadł z apetytem śniadanko (!), ja wyczerpana położyłam się odespać, Mąż zajął się Skarbkiem...
o 10 jednak mnie budzi i każe szybko się ubierać - jedziemy do lekarza! - Skarbek znowu zaczął marudzić, a przy przewijaniu Mąż zauważył, że siusiaczek wygląda paskudnie - spuchnięty, czerwony, wywinięty, prawie dwa razy większy... Skarbek biedny bronił się przed jego dotykiem...
przerażona tym widokiem w jednej chwili się ogarnęłam, ubrałam Skarbka, wsadziłam do wózka i poszliśmy na pogotowie do Szpitala Dziecięcego (jako, że sobota - przychodnia nieczynna)... mieszkamy na szczęście tylko 10 minut drogi piechotą od niego...
na zewnątrz przywitało mnie takie piękne słońce, aż serce mi się ścisnęło z żałości, że też sobie wybrało moment... chciało mi się płakać...
pani doktor (przesympatyczna) - podejrzewała ostre zapalenie napletka... by jednak upewnić się, że nie ma infekcji układu moczowego, zleciła natychmiastowe badanie moczu... poradziła wrócić do domu, i na spokojnie "złapać" mocz do pojemniczka, przyjść do ich laboratowium, potem pospacerować parę minut, wrócić po wyniki i jeszcze raz do niej...
Skarbek w drodze powrotnej zasnął w wózku, w domu nie miałam serca go budzić (też się umęczył w nocy), przeniosłam delikatnie na łóżko.. pospał twardo jeszcze półtorej godziny... obudził się bardzo spragniony - podczas gdy chłeptał wodę, szybko zdjęłam pieluszkę - na chwilę się odwróciłam, a w tym czasie Mąż "upolował" mocz do pojemniczka...
Skarbek potem dostał kolejną kaszkę (na drugie śniadanie), którą bardzo ładnie zjadł... na szczęście, bo potem nas nie było w domu przez cztery godziny...
Mąż musiał lecieć do pracy, ja ze Skarbkiem i jego moczem z powrotem do Szpitala - po wyniki miałam wrócić za godzinę... postanowiłam pospacerować po okolicy, by uspokoić się w świetle pierwszego naprawdę wiosennego słońca... czułam, jak jego promienie roztapiają we mnie nocny stres, zmęczenie, strach... spływał ze mnie cały ten depresyjny brudny śnieg... Skarbek przez całą godzinę siedział cichutko jak myszka w spacerówce chłonąc szeroko otwartymi oczkami widoki rozświetlonych słońcem ulic, samochodów i roześmianych spacerowiczów...
odebrałam wyniki - i jeszcze raz do pani doktor... tam już się utworzyła większa kolejka chorych maluszków, ale naładowana słoneczną energią nie zmartwiłam się czekaniem i zabawiałam Skarbka jak tylko mogłam... weszliśmy chyba po kolejnej godzinie - wyniki dobre, nie ma zakażenia:))) Skarbek dostał domiejscowo maść z antybiotykiem oraz chemioterapeutyk w syropie profilaktycznie, by jednak infekcja nie poszła dalej...
potem szukanie całodobowej apteki (po 16 w sobotę wszystkie zamknięte), jeszcze małe zakupy spożywcze i przy kasie patrzę - a Skarbek znowu zasnął w wózeczku...
postanowiłam nie wracać od razu do domu, tylko pochodzić pod blokiem, aż się Skarbek wyśpi na tym pięknym powietrzu i wtedy wrócić...
w domku zaaplikowałam leki - siusiaczek wygląda ciągle bardzo biednie... łzy znów stanęły mi w oczach, ale Skarbek, jakby chcąc mnie potem pocieszyć, bawił się pięknie na kocyku, a gdy usiadłam na podłodze w drugim końcu pokoju, by na niego popatrzeć - stanął na czworaka i... przeraczkował do mnie (!!!!!!!!!!), a potem zaczął się na mnie wspinać i przytulać... stopniałam tak, że znów byłam mokra w oczach - zaskoczona i zachowaniem Skarbka i jego pierwszym raczkowaniem :))
potem jeszcze chwyciłam go pod paszki i tak trzymany Skarbek "chodził" po pokoju wielce uradowany nowymi możliwościami swojego ciałka...
do wieczora tak sprawnie raczkował, jakby nigdy wcześniej niczego innego nie robił..:)
cudownie było na to patrzeć..:) słońce wreszcie dziś zawitało do domku... i do mojego serca...
i chyba faktycznie przeniosło się do nas, bo za oknem zobaczyłam - chmury i deszcz...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz